RSS
 

BAJKA O NIEZWYKŁYCH PRZYGODACH NIEDŹWIADKÓW

15 paź

MIMI I TIMI
BAJKA O NIEZWYKŁYCH PRZYGODACH NIEDŹWIADKÓW

W niedalekiej przyszłości, w gęstym sosnowym lesie u podnóża Tatr żyła sobie rodzina niedźwiedzi: mama Klementyna, tata Tobiasz i dwa małe misie Mimi i Timi. Niedźwiedzia rodzina mieszkała w obszernej gawrze inaczej mówiąc w wielkiej jaskini wewnątrz zbocza góry. Misie były szanowaną rodziną oraz powszechnie lubianą wśród leśnej społeczności, a mieszkała tam również rodzinka lisów, rodzina dzików, wiewiórek, stara sroka i wiele innych, o których jeszcze wspomnę innym razem.
Była jesień. Niedźwiadki całymi dniami buszowały za jedzeniem co jest dość powszechne o tej porze roku u tego gatunku, ponieważ misie muszą utyć na zimę by zapasy tłuszczu wystarczyły ich organizmom w okresie snu zimowego. Tak, tak moje dzieci niedźwiedzie całą zimę przesypiają! Wracając do tematu, tego dnia Mimi i Timi rozdrapywały ściółkę w poszukiwaniu smacznych korzonków. Pochłonięci bez reszty tej czynności oddaliły się od gawry w obszar nieznanego im lasu. Dopiero Mimi przeciągając się ze zmęczenia zauważyła, że nie poznaje tej części lasu.
- Timi, chyba się zgubiliśmy?! – przestraszona powiedziała do brata.
- Ee tam, na pewno ci się wydaje – nie przerywając posiłku odpowiedział Timi.
Sam zobacz jak mi nie wierzysz!
Timi wstał na tylne łapy i rozejrzał się wciągając przy tym mocno powietrze.
- Masz rację siostro nie znam tego lasu, ale nie martw się wrócimy po śladach – mówiąc to obejrzał się za siebie i zamarł, a w oczach zabłąkał mu się strach i sapnął – ooch.
Mimi podążając za wzrokiem brata zrozumiała jego zakłopotanie. Otóż w poszukiwaniu korzonków rozkopali dookoła ściółkę i teraz już nie można było z całą pewnością określić kierunku z którego nadeszli.
- I co my teraz zrobimy? – zaniepokojona zapytała brata.
Timi był znany z tego, że nigdy długo niczym się nie przejmował, a więc i teraz szybko ochłonął i odparł z wesołą miną:
- Nie przejmuj się siostrzyczko jakoś to będzie. Nic nam przecież w tym lesie nie grozi w końcu jesteśmy tutaj na szczycie łańcucha pokarmowego, he, he.
- Tak, tata jest, ale my jesteśmy jeszcze mali.
- Coo! Ja nie jestem mały. Zobacz jakie mam mięśnie, niech mi kto tutaj tylko podskoczy – mówiąc to Timi prężył swe ciało i robił groźne miny.
- Tak czy siak musimy zacząć szukać drogi powrotnej. Skoro jesteś taki silny to wspinaj się na drzewo i rozejrzyj się – powiedziała Mimi.
- Już się robi szefowo – służbiście zawołał Timi i zwinnie wspiął się na drzewo po czym z góry zawołał – jakbyśmy na jakim okręcie byli wkoło tylko las i las.
- A gór nie widać?
- Widać, ale daleko. Przecież nie mogliśmy tak daleko odejść? Na prawo od nas jest coś dziwnego, jakby lustro.
- Schodź Timi bo chyba od tej wysokości ci się w głowie przewróciło.
Timi zszedł z drzewa dziwnie podniecony i zakomunikował: – Siostro idziemy, na prawo muszę to sprawdzić!
Mimi nie protestowała przecież nie mogli tu czekać na zbawienie.
- Niech będzie w prawo – mruknęła i ruszyła za bratem.
Gdy uszli może z pięćset metrów, ujrzeli faktycznie coś dziwnego. Po między dwoma dębami powietrze drgało jak w upalny dzień na pustyni, a w nim wszystko się odbijało jakby w zwierciadle.
- O rany, nie kłamałeś Timi co to takiego?
- No widzisz. A to, nie mam pojęcia co to może być, wygląda jak lustro wody. Czekaj podejdę bliżej by się temu lepiej przyjrzeć.
- Uważaj bo nie wiadomo co to może być!
- Dobra, będę uważał!
Timi podszedł, oglądał to dziwne zjawisko i mówił co widzi. Nie do końca wiadomo czy do siebie czy do siostry.
- To wygląda jak woda lekko falująca na wietrze lecz woda zawsze rozlewa się w poziomie, a to jest pionowa ściana. A może tu jest jakieś szkło? Sprawdzę – mówiąc to Timi wyciągnął łapkę w stronę dziwnej wody.
- UWAŻAJ!!!- krzyknęła Mimi lecz Timi w którym obudziła się już niedźwiedzia ciekawość nie zważał na ostrzeżenie siostry, dotknął jak mu się wydawało dziwnej wody lecz nie, łapa powędrowała dalej znikając jakby jej nie było.
– OH! – jęknęła Mimi, a Timi osłupiał ze zdziwienia. Chcąc podejść bliżej potknął się i poleciał do przodu znikając w dziwnej toni.
- TIMI! – krzyknąwszy Mimi wskoczyła za bratem ginąc także wewnątrz nieznanego zjawiska.
Timi poderwał się jak oparzony z ziemi pomacał łapami po futrze sprawdzając czy nie jest mokry. Wtem z tyłu wpadło coś na niego jak kłoda. To Mimi z impetem uderzyła w brata, po tym jak przestraszona ruszyła mu na pomoc. Misie popatrzyły na siebie po czym rozejrzały się dookoła.
Było jakoś dziwnie nadal były w lesie, ale powietrze było jakieś lżejsze, a drzewa niby podobne lecz inne. To nie był zdecydowanie sosnowy las. Te drzewa miały liście w kształcie podobnym do paproci i zwisały z nich kiście z czerwonymi owocami jak winogrona.
- Co to za miejsce? – spytała Mimi
- Nie wiem – odparł Timi i znów odezwała się w nim niedźwiedzia ciekawość. Ruszył przed siebie mówiąc: – Musimy to sprawdzić.
- Nie, wracajmy! Timi, ja chcę do domu – zaprotestowała Mimi.
Obróciwszy się spostrzegła, że dziwna woda zniknęła, a przed nią rozpościerała się polana i mnóstwo małych domków w kształcie żołędzi.
- T – t – t – i – i-m-i spójrz!
- Niedźwiadek obrócił się słysząc głos siostry i przysiadł ze zdziwienia. W odległości trzydziestu metrów była wioska, na której skraju stały małe brodate stworki wyglądające jak miniaturki ludzi.
Po dłuższej chwili milczenia jeden z małych ludzików podszedł bliżej i powiedział w zrozumiałym dla niedźwiadków języku:
- Witajcie Ziemianie!
- Ziemianie?!! – zdziwił się Timi. – To gdzie my jesteśmy i jak tu się dostaliśmy? – zapytał, a mały brodacz mu odpowiedział:
- Jesteśmy na planecie Skrzatan w układzie dwóch słońc, co daje nam wieczny dzień, od ziemi dzieli nas 30 000 lat świetlnych, oczekiwaliśmy na was. Zapraszam do wspólnego domu narad tam się posilicie i wszystko wam opowiemy.
Niedźwiadki będące nadal w szoku po tym co właśnie się stało i co dzieje się nadal, posłusznie jak zaczarowane podążyły za brodatymi istotami do największego domu w wiosce, zwanego „domem narad”.
W środku zostali posadzeni przy stole i podano im „dary Skrzatana” to znaczy, owoce które można było zrywać na owej planecie. Misie zachęcone smakowicie wyglądającymi owocami jęły pałaszować, a mlaskać przy tym mruczeć, aż się dziwowali mieszkańcy owej wioski prócz najstarszego, który zdawał się znać apetyt niedźwiedzi o tej porze roku.
Gdy niedźwiadki się posiliły, a raczej gdy zjadły wszystko ze stołu, najstarszy gospodarz zaczął.
- Jesteśmy skrzatami, albo jak nas na ziemi nazywano, krasnoludkami.
- Jak to na ziemi? To wy pochodzicie z Ziemi? – przerwał zdziwiony Timi.
- Tak – kontynuował najstarszy skrzat – jak słusznie zauważyłeś pochodzimy z Ziemi. Od wieków żyliśmy wśród ludzi pomagając im i w dawnych czasach nawet nie kryjąc się przed nimi dobrze nas traktowano. Za pomoc mieliśmy ciepły kąt oraz gorącą strawę. Potem czasy zaczęły się zmieniać. Ludzie wynajdowali różne urządzenia, które powoli nas zastępowały, więc zaczęliśmy się kryć lecz nadal pomagaliśmy. Wiara w nas wśród ludzi była jeszcze na tyle silna, że zawsze ktoś nam kawałek strawy w kącie zostawił. Lecz gdy ostatni wierzący w nas człowiek umarł, nie było dla nas miejsca w ludzkich domach. Zwykłe wiejskie chałupy zamieniono na nowoczesne domy bez szparki, w którą można by się wcisnąć, a my dla ludzi pozostaliśmy tylko w bajkach. Wtedy zamieszkaliśmy w lasach pod korzeniami drzew, ale i tam cywilizacja nie dawała nam spokoju. A gdy przypadkowo zostaliśmy napotykani przez ludzi to nazywano nas pokemonami i goniono w celu schwytania. Także zapragnęliśmy o własnej planecie, gdzie my moglibyśmy ewoluować i rozwijać naszą pradawną wiedzę. Wtedy właśnie nasz król nakazał astronomom przeszukać gwiazdozbiory w poszukiwaniu planet nadających się do kolonizacji, a wszystkim kronikarzom nakazał przejrzeć wszystkie najstarsze kroniki w poszukiwaniu pochodzenia krasnali. Był między nami kronikarz Jeremiasz, który znalazł informację o pradawnych wrotach do domu. Król żywo zainteresował się tą sprawą i wyprawił ekspedycję poszukiwawczą, by odnalazła wrota. Na czele której stanął Jeremiasz. Po długich poszukiwaniach i mozolnym analizowaniu starych ksiąg wrota odnaleziono i Jeremiasz zgodnie z instrukcją otworzył portal. Wrota po otwarciu się wessały całą ekspedycję, a my jesteśmy ich potomkami – zakończył skrzat.
- A my, co my mamy z tym wspólnego? – spytał Timi.
- Już tłumaczę. Otóż sto lat czekaliśmy, aż ktoś znajdzie portal i dziś wy go znaleźliście. Chcieliśmy poprosić was byście sprowadzili do wrót naszych pobratymców, którzy jak nam się zdaje mieszkają w Tatrach. W zamian za to korzystajcie do woli z darów Skrzatana i przygotujcie się do zimy u nas by potem na wiosnę odnaleźć naszych i ich tu wysłać.
- A wy nie możecie sami? – spytała Mimi.
- Nie, ponieważ my krasnale możemy tylko raz skorzystać z portalu. Za drugim razem giniemy gdzieś w kosmosie.
- To my też możemy zginąć – zauważył Timi.
- Nie ma takiej obawy. W naszej księdze pisze, że tylko krasnale i ludzie mają takie ograniczenia, a zwierzęta nie. Co znaczy, że możecie nas odwiedzać każdej jesieni.
Na te słowa Timi się uśmiechnął, ponieważ lubił łatwo zdobywać jedzenie, a że był łakomczuchem to szybko się zgodził na propozycję krasnala.
- Tylko musicie nam dokładnie opisać miejsce gdzie znajdziemy skrzaty na ziemi.
Timi i Mimi ciekawskie niedźwiadki lubiły przygody, dlatego gdy tylko przestały się bać to zaczęły korzystać z darów tej dziwnej planety i już obmyślały plan wiosennej wyprawy w poszukiwaniu krasnali. Skrzaty dbały o misie i oprowadzały je po najobfitszych drzewach i krzewach Skrzatana przy czym raczyły ich niezwykłymi opowieściami.

Na koniec wizyty niedźwiadków stary skrzat powiedział im gdzie szukać krasnali na Ziemi po czym otworzył portal i na koniec powiedział:
- Portal będzie otwarty za rok, o tej samej porze, w tym samym miejscu. Po czym pożegnał się z misiami.
Mimi i Timi po przejściu przez portal od razu rozpoznały okolicę, dziwiąc się czemu wcześniej się tu zgubili, przecież to wzgórze za domem. W tym czasie usłyszały mamę.
- Timi, Mimi obiad!
Te słowa uświadomiły misiom, że czas podczas ich wizyty na Skrzatanie stał w miejscu. A może to wszystko im się przyśniło. Kto wie?

Czy to był sen? Czy odnajdą skrzaty na ziemi? Czy powrócą na dziwną planetę i co ona jeszcze kryje? Te i inne informacje przeczytacie w kolejnej części.

KONIEC
autor : Śliwa Arkadiusz

Print Friendly
 

OPOWIEŚCI DZIADKA FRANKA „URLOP MYSZKI”

10 wrz

Była upalna sobota, żar lał się z nieba, a powietrze drgało. Tosia i Wacek odpoczywali po obiedzie w cieniu drzewa obok domku dziadków.
Babcia wyszła z norki, podeszła do wnuków i niespodziewanie powiedziała: – Zupełnie jak przed laty w Afryce. Tosia od razu się ożywiła. – Babciu czyżbyś chciała dziś opowiedzieć nam o twym pobycie w afryce? Wacek rusz się! – szturchając brata próbowała zwrócić nań swą uwagę. – Nie śpij, babcia zaczyna swą historię.
Wacek aż podskoczył od kuksańca. – Co, pali się czy co? – zapytał przebudzony z poobiedniej drzemki lecz wlot ocenił sytuację widząc babcię i zaciekawione oczy Tosi, więc czym prędzej usadowił się i powiedział: – Opowiadaj babciu jestem gotów.
Babcia skinęła głową jakby na potwierdzenie i rozpoczęła:

- Nadszedł czas odlotu, nie wiem czy wiecie moje drogie wnuki, ale bociany zanim wyruszą w daleką podróż to zbierają się w większe grupy. Takie zgromadzenia nazywają się sejmikami. Powiem wam jeszcze jako ciekawostkę, że bociany nie lecą do afryki najkrótszą drogą, to znaczy nad morzem śródziemnym tylko wybierają dalszą drogę całą nad lądem.
A to dlaczego spytał Wacek?
- Dobre pytanie wnusiu, o to samo spytałam bociana. Otóż nad lądem bociany lecąc wykorzystują ciepłe prądy powietrza, których nie ma nad morzem i dzięki temu lżej im się leci, a muszą oszczędzać siły bo podróż trwa około dwa miesiące.
– Ja cię to tak daleko jest do tej Afryki? – pytając zdziwiła się Tosia. – O tak Tosiu, ale dość już tych ciekawostek. Pod koniec sierpnia wylecieliśmy. Sejmik był gdzieś na południu Polski. Gdy tam dolecieliśmy to wszędzie było widać bociany. Na miejscu bocian powiedział: – Tutaj myszko spędzimy dwa dni, inne bociany pobędą tu dłużej, ale ja mam obciążenie to muszę wylecieć wcześniej także masz wolny czas. Pojutrze rano wylatujemy, a tymczasem odpocznij. Ja idę na naradę, muszę obgadać trasę z innymi bocianami.
Skinęłam głową na potwierdzenie i zajęłam się budową szałasu na czas odpoczynku, a tymczasem bocian dyskutował z innymi bocianami.
Czułam się trochę zagubiona tam sama bez waszego dziadka i przyjaciół z leśnej polany, ale dzielnie to znosiłam, w końcu sama chciałam tego urlopu. Noc była zimna i przez to szybko usnęłam choć myśli mi się kłębiły w głowie jak chmury przed burzą.
Nad ranem obudził mnie bocian.
- Wstawaj myszko przyśpieszymy nasz lot by jeszcze wykorzystać ten ciepły front, ponieważ moi koledzy mówią, że nadchodzą chłodniejsze dni to z pewnością nam nie pomorze i będę musiał częściej odpoczywać.
– Dobrze bocianie już wstaję, spakuję się i możemy lecieć, a zjem coś po drodze.
Tego ranka pakowałam się szybko, podekscytowana, że ostatni przystanek przed wielką wyprawą się skończył. Godzinę później szybowaliśmy już nad polami, a ja przegryzając skromne śniadanko podziwiałam krajobraz zachwycona pięknem ziemi widzianej z lotu ptaka.

Kolejne dni faktycznie przyniosły ochłodzenie i częściej odpoczywaliśmy, a wtedy bocian opowiadał mi o regionie w którym się zatrzymaliśmy.
Aż któregoś dnia, gdy zatrzymaliśmy się na odpoczynek bocian rzekł:
- To już jest Afryka myszko, a dokładniej kraina zwana przez ludzi Egiptem i tutaj będziemy lecąc oglądać cuda starożytnej ludzkiej cywilizacji, a mianowicie piramidy będące grobowcami dawnych władców tej krainy. Zobaczymy również największy i najstarszy posąg na ziemi zwany Sfinksem.
- Ale fajnie, a więc rozpoczynam właściwy urlop. A co jeszcze wiesz o tych piramidach? – spytałam.
Bocian zastanowiwszy się powiedział: – Słyszałem, że w środku są labirynty i kto tam sam wejdzie to już nigdy nie wyjdzie.
– A po co tam labirynty?
– No wiesz chronią miejsce spoczynku Faraona, tak zwano tutejszego króla, który pochowany był z dużymi skarbami, co zaś jest nie lada gratką dla rabusiów i stąd te zabezpieczenia. A dodatkowo ponoć kryptę chroni klątwa.
– A skąd ty to wszystko wiesz bocianie? – spytałam.
– Opowiedział mi to wszystko mój tata, gdy z nim pierwszy raz tu przyleciałem. Jemu z kolei opowiedział to jego ojciec, a mój dziadek i tak z pokolenia na pokolenie. A całą tą historię podsłuchał według legendy nasz przodek, który jak mówi legenda znał ludzką mowę.
– Oooo no to możliwe. Franek też mi przecież opowiadał o swym pradziadku, który zrozumiał ludzką mowę – stwierdziłam, po czym znów spytałam bociana: – Bocianie, a co to jest ta klątwa?
– A to jakieś czary, coś w stylu „ jeśli tu wejdziesz to złapie cię czkawka i już nigdy nie przestaniesz czkać”.
– Brrr to straszne. Jak myślisz czy to prawda bocianie?
– Nie wiem, ale w każdej legendzie jest ziarno prawdy. Zgodzisz się z tym co?
– Z pewnością – przytaknęłam. Bocianie, a czy daleko jeszcze?
- Trochę daleko, ale biorąc pod uwagę trasę jaką przebyliśmy to mamy bliżej niż do domu. To znaczy, że przebyliśmy większą połowę drogi – odpowiedział bocian.
A ja pytałam dalej:
– Bocianie, a jak się nazywa kraina do której zmierzamy?
- Kraina ta to Kenia. Zmierzamy na zachodni jej skrawek, nad jezioro Victorii, które podzielone jest pomiędzy trzema krainami, a mianowicie Ugandę, Tanzanię i właśnie Kenię, której przypadła najmniejsza jego część – wyjaśnił bocian.
– Bocianie, a jak tam jest? – kontynuowałam wywiad
A to już myszko sama zobaczysz, nie chcę uprzedzać faktów – uciął bocian.
– Więc nie ciągnęłam go więcej za język.
Po tygodniu lotu w czasie, którego pilnie oglądałam Afrykę z lotu ptaka, dolecieliśmy na miejsce. Pani bocianowa, która leciała razem z grupą innych bocianów już była na miejscu od dwóch dni i pilnie remontowała letnie gniazdo.
– No jesteście wreszcie, bo już się o was martwiłam – powiedziała bocianowa witając się z nami.
Będąc wcześniej przygotowała dla mnie miłą kotlinkę w ich gnieździe, co niezmiernie mnie ucieszyło, bo byłam okropnie zmęczona po podróży dlatego tego dnia już nic więcej nie pamiętam, gdyż usnęłam i przebudziłam się dopiero kolejnego dnia rano.
- Dzień dobry – powiedziałam do państwa bocianów przeciągając się przy tym.
- Jak spałaś myszko i co ci się śniło na nowym miejscu? – spytał bocian.
– Spałam jak zabita, a śniła mi się dziwna mysz, która skakała dookoła mnie. Nie chodziła tylko skakała to prawie jak koszmar, mówię wam.
– Musisz poznać myszko rodzinę myszoskoczków, która mieszka nieopodal. Wtedy na pewno zrozumiesz swój sen – skomentowała bocianowa na co bocian dodał:– To są twoi dalecy kuzyni i choć wyglądem się różnicie to należycie do jednej rodziny.
- Rodzina to rodzina, a więc poznam tych kuzynów. Gdzie oni mieszkają?
Wybieram się na mały rekonesans i zjem coś przy okazji.
– A o – wskazując kępę krzewów powiedział bocian po czym dodał wyjaśniając:
– Wśród tych kolczastych krzewów norę swą mają myszoskoczki. Udaj się najpierw do nich, a na pewno wskażą ci miejsce gdzie znajdziesz coś do jedzenia.
Korzystając z rady bociana udałam się zapoznać kuzynów. Ziemia była dużo cieplejsza niż u nas i miło było w łapki. Ostrożnie wsunęłam się pomiędzy kolczaste gałęzie i ze zdumieniem stwierdziłam, że to tylko zewnętrzna otoczka, w środku była nora i obszerne podwórko.
– Halo jest tam kto? – zawołałam i po chwili z wnętrza norki usłyszałam:
– O piasku pustyni kogo tam niesie z samego rana?
Gdy słowa umilkły z norki wychylił się łebek podobny do mnie, a potem powoli cała postać, taki trochę myszo-kangur to znaczy myszka z wzmocnionymi zadnimi kończynami, które jak się szybko przekonałam pozwalają zwierzątku skakać i stąd pewnie nazwa myszoskoczki.
Cześć jestem Zuzia. Spędzam tu urlop, może się zakolegujemy?- spytałam.
– Witam cię Zuziu, ja jestem Nela zapraszam cię do nas właśnie jemy śniadanie. Jesteś może głodna, może z nami zjesz? Z nami to znaczy ze mną i moimi rodzicami.
– Właśnie miałam spytać gdzie można coś znaleźć do jedzenia?
– To śniadanie zjesz z nami a potem cię oprowadzę i pokarzę co i gdzie.
– A czy nie będę sprawiać kłopotu?- spytałam
– Nie skądże znowu czuj się jak u siebie.
Po tej krótkiej wymianie zdań weszliśmy do środka. Tam Nela przedstawiła mnie swoim rodzicom i ugościła śniadaniem, które składało się z papki maniokowej i kukurydzy.

A co to jest ta papka maniokowa babciu? – przerwała Tosia
– Papka maniokowa to taki gęsty sos uzyskany z mąki maniokowej i wody, a maniok to warzywo które pochodzi z ameryki południowej. Mąkę pozyskuje się z bulw podobnie jak u nas mąka ziemniaczana, którą otrzymujemy z ziemniaków.
– A smakowało ci to babciu? – spytał Wacek
– Muszę powiedzieć wnusiu, że na początku nie, ale po tygodniu przyzwyczaiłam się do tego smaku.
Kontynuując babcia opowiadała dalej:-W czasie śniadania opowiedziałam rodzinie myszoskoczków o leśnej polanie i moich przyjaciołach oraz o tym co skłoniło mnie do przylotu na Afrykańską ziemię. Wtedy Nela powiedziała, że sama chciałaby zobaczyć zimę i śnieg.
–Nic prostszego. Wybierz się do mnie z bocianem i zostań na rok – powiedziałam lecz Nela stwierdziła iż pomimo wielkiej ciekawości rok to zbyt długo. Po miłym śniadaniu zaczęłam zwiedzać okolicę. Na początek poszliśmy z Nelą do wodopoju czyli nad jezioro Victorii. Szliśmy ukrytym w gęstwinie kolczastych kłączy szlakiem unikając tym samym jak powiedziała Nela ataku drapieżników, których jak zapewniała mnie jest tutaj nie mało. Nad jeziorem, gdy już zaspokoiłam pragnienie to oddałam się obserwacji różnych zwierząt, które przychodziły do wodopoju. Nela opowiadała mi po trochu o każdym zwierzaku. Najbardziej zafascynowały mnie słonie. Wielkie majestatyczne, poruszające się dostojnie bez pośpiechu i ciekawostka, Nela mówiła, że boją się małych zwierzątek, jak np. myszy. Tego dnia zwiedzałam również tamtejszy las i różnorodną roślinność, która go porasta. Gdy przedzierałyśmy się w gęstwinie nagle poczułam na sobie czyjś wzrok. Spojrzałam w lewo i stanęłam jak wryta, patrzył na mnie zielony wąż i hipnotyzował mnie swoim wzrokiem tak skutecznie, że nie mogłam dać kroku wydobyłam z siebie tylko pisk. Nela usłyszawszy to, obejrzała się i widząc jak poważna jest sytuacja błyskawicznie przeszła do działania. Doskoczyła do węża i perfekcyjnym manewrem obróciła się w miejscu wyrzucając jednocześnie swe zadnie nogi do tyłu z ogromną siłą trafiając węża w bok głowy, co poskutkowało przerwaniem hipnozy. W mgnieniu oka wykorzystałam ten czas na ucieczkę, a tuż za mną skakała Nela. Tego dnia straciłam już ochotę na zwiedzanie. Przestraszyłam się tego węża bo przecież gdyby nie Nela, to stałabym się dziś przekąską dla tego gada. Nela zaprosiła mnie również na obiad i kolację ponieważ stwierdziła: – Zuziu i tak będziesz ze mną chodziła po jedzenie bo sama nie znasz przecież tego kraju to skoro będziesz mi pomagać to stołować też będziesz się u nas do końca twego urlopu, postanowiłam.
- Widocznie nie mam nic do gadania w tej sprawie, cóż pozostaje mi tylko się zgodzić – powiedziałam. Do wieczora zostałam już u Neli, spędzając czas na pogaduchach.
Nazajutrz obudziły mnie dziwne odgłosy : bum, bum, bada bum, bada bum. Zaciekawiona chciałam spytać bociana co to za bębnienie lecz jego i bocianowej nie było już w gnieździe, a tajemniczości dodał jeszcze fakt iż te odgłosy umilkły, a zaczęły z innej strony nadpływać podobne: bada bum, bum, bada bum, bum, bum.
Nie tyle ciekawa co przestraszona pobiegłam do Neli, a wpadając do norki jak burza zaczęłam szybko wypytywać moją nową koleżankę: – CO TO, CZY TO KONIEC ŚWIATA CO TAK BĘBNI CZY ANIOŁOWIE WSTĘPUJĄ NA ZIEMIĘ, HA?
Nela z nieukrywaną radością zagadała: – Witam cię Zuziu też się cieszę, że cię widzę. A to co cię tak wystraszyło to afrykański telefon.
– JAK TO?
– Usiądź opowiem ci wszystko przy śniadaniu, a potem udamy się po tapiokę (tapioka- mąka maniokowa).
Po tych słowach Nela zapraszającym gestem wskazała mi miejsce przy stole. Podała śniadanie i zaczęła opowiadać:
–W Afryce żyje dużo plemion ludzkich, a jedno od drugiego czasami oddalone jest bardzo daleko. Dawno, dawno temu jak tych plemion było zaledwie kilka, to szamani (szaman – uzdrowiciel, czarownik) tych plemion zebrali się i stworzyli język bębnów. Proste dźwięki wystukiwane na bębnach, które sami wytwarzali. Każdy dźwięk coś oznaczał, a odgłos bębnienia niósł się daleko i odtąd już odległość nie stanowiła przeszkody. Szamani pilnie strzegli tajemnicy języka bębnów, a nazwali go mową tam-tamów ( tam-tam: rodzaj bębna) i po dziś dzień tam-tamy słychać w Afryce, a biali kolonizatorzy nazwali to Afrykański telefon.
– Ja cię to strasznie ciekawe, a gdzie można zobaczyć taki tam-tam?- spytałam
- Dziś idziemy do wioski Masajów ( Masajowie to Afrykański lud pasterski ) po tapiokę to ci pokarzę taki bęben – powiedziała Nela i zaczęła sprzątać po śniadaniu. Potem poszłyśmy do wioski Masajów. Nela oczywiście miała swoje bezpieczne drogi we wszystkie miejsca, które odwiedzała i właśnie jedną z takich dróg dotarliśmy do wioski. Ku mojemu zdziwieniu żaden człowiek nie zwracał uwagi na nas. Nela mi potem wyjaśniła, że ludzie i zwierzęta w Afryce żyją w zgodzie, nosi ich ta sama ziemia, grzeje to samo słońce i piją tą samą wodę, także na sam widok nikt nam krzywdy nie zrobi.
-Tylko tą mąkę trzeba trochę ukradkiem, bo nikt nie lubi jak drugi mu coś zabiera – mówiąc to uśmiechnęła się.
To zupełnie tak jak u nas tylko, że nas ludzie na sam widok przepędzają, dlatego kryjemy się w zakamarkach ich domostw – zauważyłam.
Wtem pomiędzy zagrodami ukazał się wysoki Masaj okryty w lwią skórę z ozdobami na nadgarstkach oraz na kostkach stóp. W rękach trzymał grzechotki poruszając nimi energicznie i wydając dziwne dźwięki. Zwracał na siebie uwagę wszystkich.
– Nelu, a to kto? – spytałam
– To właśnie jest czarownik. Teraz mamy super okazję by odwiedzić jego domostwo. Zabieram zawsze mąkę od niego bo on w całej wiosce jest najbogatszy i tam zobaczysz tam-tama.
Nela szybkimi susami skoczyła na skraj wioski, do chaty czarownika, ledwie za nią nadążyłam. W chacie było ponuro i w powietrzu wyczuwalny był zapach dymu z wciąż dymiącego ogniska. Na środku chaty Nela dała mi kuksańca i wzrokiem wskazała wielki pniak to znaczy tak na początku mi się zdawało, ale to nie był zwykły pniak. W środku był wydrążony, a od góry obleczony zwierzęcą skórą, która była napięta za pomocą kilku rzemyków do zewnętrznej części pniaka. Nie mogłam się oprzeć pokusie i wspięłam się na górę. Już wiedziałam, że to jest właśnie tam-tam. Moja koleżanka myszkowała po chacie zapewne w poszukiwaniu produktu po który przyszłyśmy, a ja tymczasem podskoczyłam na membranie bębna co poskutkowało cichym: bada-bum, bum, bum. Przestraszyłam się, bo nie spodziewałam się dźwięku lecz to nie było najgorsze. Najgorsze było to, że czarownik usłyszawszy swój bęben ruszył pośpiesznym krokiem w stronę chaty. Nela jak zwykle trzeźwo myśląca krzyknęła: – SKACZ! Zareagowałam błyskawicznie i na szczęście w porę, bo sekundę po tym do chaty wszedł czarownik i rozgniewanymi oczyma joł wodzić po chacie. A my ukryłyśmy się pośród ziół, które były tak wonne, że nie mogłam powstrzymać kichnięcia. I kichnęłam:- a-psik!
A wydawało mi się, że było to najgłośniejsze kichnięcie jakie kiedykolwiek wydał mój pyszczek. Nela w tym momencie wyskoczyła spod ziół i szybkimi susami wskoczyła czarownikowi między stopy i zwinnie na zewnątrz chaty, a czarownik za nią. Ja wykorzystałam ten czas, który dała mi Nela i sama umknęłam. Tego dnia znów się cała trzęsłam jak osika, na co moja koleżanka: – Nie przejmuj się przygoda musi być z dreszczykiem inaczej byś jej nie zapamiętała.
– Łatwo ci mówić. W ciągu dwóch dni dwa razy moje życie wisiało na włosku – skwitowałam.
Tu babcia Zuzia zatrzymała się w swej opowieści po czym rzekła: – Moje wnusie długo by jeszcze można rozprawiać o tym moim urlopie, ale dziś już na to nie mam czasu lecz obiecuję dokończyć któregoś dnia wam tą historię.
Szkoda taka jestem ciekawa twoich i Neli przygód czekam z niecierpliwością na dalszą część – powiedziała Tosia.
– No ja też, ale już mi burczy w brzuchu – dodał Wacek.
– No właśnie o tym mówię, idę szykować wam kolację – powiedziała babcia udając się do domku .

Koniec
autor: Śliwa Arkadiusz.

Print Friendly
 

JAK DZIADEK ZADOMOWIŁ SIĘ NA LEŚNEJ POLANIE

09 lip

OPOWIEŚCI DZIADKA FRANKA
„JAK DZIADEK ZADOMOWIŁ SIĘ NA LEŚNEJ POLANIE”

Od samego rana padał deszcz, Wacek i Tosia po śniadaniu poprosili dziadka Franka o nową historię.
– Dziadku, dziadku i jak to dalej było z tobą, borsukiem i resztą leśnych przyjaciół? – zapytała Tosia.
Dziadek pomyślał i powiedział: – Myślę że należy najpierw opowiedzieć o przygotowaniach myszki do zimowych wakacji, bo moja historia splata się właśnie z myszką – powiedziawszy to dziadek niezauważalnie zerknął w stronę kuchni uśmiechając się lekko.
- O tak dziadku opowiedz o tym, to będzie ciekawe – powiedział Wacek.

Dziadek kiwnął lekko głową i zajął wygodną pozycją, po czym rozpoczął:
– Było to tak, latem Tomek zaczął przygotowywać lektykę dla myszki na czas podróży powietrznej. Miało to być coś w rodzaju kabiny na bociana mającej na celu chronić drobną myszkę przed zimnem, wiatrem i deszczem podczas lotu. Trzeba było wymyślić coś takiego, żeby spełniało swe zadanie, a jednocześnie nie krępowało ruchów bocianowi podczas lotu, dlatego też Tomek zaprosił do siebie myszkę i bociana w celu zdjęcia wymiarów i ustalenia kształtu lektyki.
Bocian z myszką stawili się u skrzata następnego dnia. Tomek pokazał im szkic tłumacząc przy tym:
– Konstrukcja będzie lekka i opływowa by nie obciążyć bociana podczas lotu. Mam zamiar użyć kabinę samochodu zabawki, którą kiedyś pewien chłopiec zgubił w lesie. Muszę tylko odpowiednio ją przyciąć i wyposażyć w pasy do zamocowania na plecach bociana i w tym celu właśnie was tu dziś zaprosiłem.
- Pokaż nam to cacko – powiedział bocian, a myszka dodała – ja też jestem ciekawa mego kokpitu.
Tomek troszkę się ociągał wolałby pokazać gotową już lektykę, ale skoro bocian z myszką naciskali, więc uległ i otworzył przydomowy warsztacik, gdzie na środku stało autko zabawka w kolorze zielonym.
zielone autko 1
- Ooo, ale bryka – z zachwytem powiedziała myszka.
– No, no powiem Tomku, że nie spodziewałem się czegoś takiego. Myślałem raczej o jakiejś drewnianej konstrukcji, a tu proszę Francja-elegancja. Gratuluję pomysłu!
– O dzięki bocianie, ale bierzmy się do mierzenia bo czeka mnie jeszcze dużo pracy przy tym projekcie – powiedział Tomek i sięgnął po centymetr krawiecki.
Po ściągnięciu wymiarów Tomek zajął się uzupełnianiem projektu. Bocian poleciał bo miał pilne sprawy, a myszka dokładnie obejrzała autko,
w którym jej przyjdzie lecieć na wakacje. Wsiadła do środka przymierzywszy się do fotela. Z zadowoleniem oglądała środek, była bardzo przejęta bo oto jako prawdopodobnie pierwsza z mysiego rodu miała lecieć na wakacje do ciepłych krajów i to jak, na bocianie. Czekała ją niesamowita wyprawa. Myszka była szczęśliwa z tego powodu, ale była też strasznie przelęknięta przecież nigdy nie latała, a poza tym leciała w nieznane.
Zadumę przerwał jej Tomek.
- Postaram się myszko skończyć pracę do końca tygodnia. Do wylotu jeszcze miesiąc, to będziecie mogli poćwiczyć z bocianem i oswoić się z nową sytuacją.
Słowa te rozwiały częściowo mysie obawy i odpowiedziała:
– To super Tomku, bo ja się obawiałam tego lotu, ale widzę że ty pomyślałeś i o tym. Jesteś nieoceniony, dziękuję ci z całego serca.

Tego dnia wieczorem zjawiłem się właśnie ja na leśnej polanie. Po przedstawieniu się opowiedziałem wszystkim zebranym u borsuka, o tym skąd pochodzę i jak się tu dostałem i że potrzebuję schronienia, chociaż na jakiś czas. Na co przyjaciele wypowiedzieli się po kolei.
Szpak powiedział: – My z Anastazją sami mamy małą dziuplę, tak że u nas się nie da.
Sowa powiedziała: – Ja nie mogę cię przyjąć z oczywistych powodów, przecież mogłabym się któregoś dnia zapomnieć i zjeść cię na wieczorną przekąskę.
- Brrr – przeleciał mi dreszcz na te słowa przez całe ciało.
Potem wypowiadali się jeszcze zajączek, krecik i wiewiórka znajdując różne powody dla których nie mogłem z nimi zamieszkać i już straciłem nadzieję, gdy myszka powiedziała: – U mnie możesz zamieszkać Franku. My chyba mamy pokrewne dusze i ja i ty lubimy przygody, a poza tym za miesiąc wylatuję do ciepłych krajów na zimę i będzie mi raźniej jak będę wiedziała, że ktoś zaopiekuję się moją norką.
- A więc postanowione – skwitował borsuk, po czym dodał- witaj Franku wśród swoich i czuj się jak u siebie.
Poklepał mnie przy tym. Potem długo jeszcze siedzieliśmy i wszyscy wypytywali mnie szczególnie o ludzi, a ja opowiadałem i tak nam zleciał czas do północy.
Wprowadziłem się do myszki i szybko się okazało, że to naprawdę pokrewna dusza. Przy czym dziadek znów zerknął w stronę kuchni lecz tym razem bystre oczka Tosi wypatrzyły to i szybki impuls zasugerował pytanie: – Zaraz dziadku czy ty chcesz powiedzieć, że babcia to myszka z leśnej polany?
- Jesteś bardzo bystra Tosiu – powiedział dziadek.
– Ja cię, ale czad. Ostatnio dziadku cały czas nas zaskakujesz, to przecież znaczy, że babcia była w ciepłych krajach – dodał Wacek.
- Nie mylisz się Wacku, ale o tym potem. Tydzień szybko minął – kontynuował dziadek – i wtedy skrzat Tomek zaprosił myszkę czy może powinienem powiedzieć babcię i bociana na przymiarkę.
Do Tomka udałem się i ja. Byłem bardzo ciekaw tego projektu, gdyż na polance o niczym innym się wtedy nie mówiło tylko o wyprawie babci do ciepłych krajów. Na miejscu babcia przedstawiła mnie Tomkowi po czym Tomek zajął się prezentacją swego projektu i instruował przyszłych podróżników jak zamontować, a potem zdemontować owo coś.
Była to połowa kabiny samochodu zabawki z szelkami. Podwozie było tak wyprofilowane by dolegało do grzbietu bociana, a wyłożone było gąbką, żeby nie uciskać pleców bociana, doń doczepione były szelki z klamerkami. Tomek mocując lektykę na grzbiecie ptaka pokazywał i objaśniał jak można regulować długość pasków.
Po chwili bocian został wyposażony w kabinę pierwszej klasy.
Tomek zakomenderował: – No panie bocianie, przeleć się pan z tym balastem, wyczuj go i jak wszystko będzie ok to kolejna próba będzie z pasażerką.
– Tak jest panie Tomku – służbiście odpowiedział bocian i rozpostarł skrzydła szykując się do lotu. Po chwili wielki podmuch wiatru omal nas nie przewrócił. To machnięcie skrzydeł startującego bociana wywołało taki podmuch.
Bocian wzbił się nad chatę Tomka zatoczył koło i krzyknął z góry:
- Do zobaczenia za piętnaście minut! I odleciał.
Wtedy spojrzałem na waszą babcie, a ona cała się trzęsła.
- Co tobie! – zawołałem doskoczywszy.
- Nic, to nic takiego po prostu się boję, przecież za chwilę odbędę pierwszy lot w swoim życiu.
- Nie przejmuj się myszko, pomyśl o wakacjach, może to złagodzi strach – powiedział Tomek.
Po tych słowach babcia się trochę uspokoiła i wtedy na horyzoncie ujrzeliśmy powracającego bociana, prowadziliśmy go wzrokiem, aż wylądował.
- I jak bocianie? – pierwszy zadał pytanie Tomek.
- Trochę dziwne uczucie, ale poza tym niewiele przeszkadza. Myślałem, że będzie gorzej – odpowiedział bocian.
- To zapewne zasługa opływowych kształtów oraz doskonałemu wyważeniu – zauważyłem.
- A to z kolei za przyczyną naszego skrzata – dodała myszka.
- Dobrze już dość tego słodzenia, wskakuj myszko na pierwszy rejs, szybciej, szybciej! – zawołał Tomek wpychając myszkę do kabiny i dał znać bocianowi.
- Bocianie zezwalam na start.
Tym sprytnym manewrem nie pozostawił myszce czasu do namysłu i rezygnacji ze strachu.

- Babcia potem wspominała, że strach był równie wielki jak ekscytacja i zachwyt widokiem z góry.
Tak to przygotowania rozpoczęły się na dobre. Babcia co dzień wylatywała z bocianem, by oboje oswoili się na dobre z nową sytuacją. Wiewiórka z borsukiem szykowali prowiant na drogę, a wieczorami bocian opowiadał o ciepłych krajach i o przygodach jakie go spotykały podczas podróży.

Tak zleciał czas, aż do dnia odlotu. Smutno było nam się z babcią rozstawać bo polubiliśmy się bardzo, ale babcia podjęła decyzję o odlocie zanim mnie poznała i teraz nic i nikt tego nie mógł zmienić. Wszyscy mieszkańcy leśnej polany żegnali myszkę i życzyli jej powodzenia. Bociana też żegnali jak zawsze, ale on to stara wyga nikt nie wątpił, że sobie poradzi. Natomiast myszka odlatywała po raz pierwszy i choć to nie jest normalne, żeby mysz odlatywała na zimę, to na leśnej polance nikogo to nie dziwiło bo tam mieszkały niezwykłe zwierzęta- zakończył dziadek.
- A jak podróż i ciepłe kraje? – spytała Tosia.
- A to już moi drodzy babcia wam opowie w kolejnej historii. Na dziś to koniec.

Autor : Śliwa Arkadiusz.

Print Friendly
 

OPOWIEŚCI DZIADKA FRANKA „NIEZWYKŁA PODRÓŻ”

25 cze

OPOWIEŚCI DZIADKA FRANKA
„NIEZWYKŁA PODRÓŻ”

Wakacje Wackowi i Tosi płynęły beztrosko. Myszki uwielbiały ten czas błogiej laby. Był to czas odpoczynku od nauki i od szkoły i chyba ciężko byłoby znaleźć dziś kogokolwiek, kto by nie podzielał radości z wakacyjnego odpoczynku nie rzadko też przygód, a i często nowych znajomości.
Rankiem przy śniadaniu Tosia przypomniała dziadkowi:
- Dziadku pamiętasz? Obiecałeś opowiedzieć jak dotarłeś na nasze tereny uzdrowiskowe ze swojego domu rodzinnego.
– No ja też jestem ciekawy – dodał Wacek.
Dziadek po namyśle odpowiedział:– Tak Tosiu, Wacku pamiętam i dziś po śniadaniu opowiem wam jak to było.

- A było to tak – opowiadał dziadek. – Skończyłem już szkołę i byłem ciekawym świata mysim młodzieńcem. Wiecznie gdzieś się włóczyłem w poszukiwaniu przygód.
- A dziadku – przerwał Wacek – Paweł też z tobą chodził na wycieczki?
- Nie – kontynuował dziadek – Paweł Wacku gdy skończył szkołę to zamieszkał w Świerczynie. W tym lesie co poprzedni lokator orzecha znalazł dzwoneczek, wiecie?
-Tak – odpowiedziały myszki, po czym dziadek opowiadał dalej.
- Jak już wspominałem we wcześniejszych opowieściach, czasy mojej młodości były takie gdzie konie często jeszcze były używane przez ludzi do prac polowych, a także ciągnięcia wozu konnego, na który potocznie ludzie mówili „ gumka” był to następca wozu żelaznego. Wóz żelazny miał drewniane koła w żelaznych okuciach. Gumka miała koła metalowe z gumowymi oponami, co znacznie poprawiało efekty dźwiękowe jak i wygodę jazdy.
I właśnie ten wóz jest kluczowy w mojej opowieści ponieważ ja często lubiłem chować się w rozworze ( część wozu ), która w wozie naszego gospodarza była metalową rurą, choć w większości modeli rozwora była drewniana.
Ja właśnie schowany w tej rurce pokonywałem szybko dalekie odległości zwiedzając w ten sposób dalszą okolicę. Nawet nauczyłem się kojarzyć niektóre słowa ludzkie z kolejną wyprawą, np.:
„ No kasztan jedziemy w pole”- to znaczyło, że będzie wycieczka wąwozem tam gdzie są strome gliniane skarpy. A z kolei: „ No kasztan pora wracać”- zawsze oznaczało powrót do gospodarstwa.
Pewnego dnia gospodarz szykował zborze, oddzielał ziarno od plew i ziarenek chwastów na specjalnej maszynie. Potem pakował do worków i warzył. Na koniec załadował wszystkie worki na wóz i przykrył plandeką, po czym udał się do stajni podszedł do konia poklepał go po karku i powiedział: „ No kasztan dziś w nocy jedziemy na jarmark do Pińczowa” .

Zaciekawiły mnie te słowa okropnie, bo co to ten jarmark, a i Pińczów. Nie mogłem opuścić takiej okazji musiałem się wybrać na tą wyprawę.
Tej nocy nie spałem a gdy gospodarz zaprzęgał kasztana, to wtedy ja się ukryłem w rozworze.

Wyruszałem w nieznane.

Po kilkunastu minutach krzątaniny usłyszałem: „Wio kasztan, ruszaj staruszku”.
I wóz zaskrzypiał ruszając powoli. A ja z ukrycia oglądałem mijającą drogę. Choć jeszcze było ciemno to próbowałem się zorientować w którą stronę jedziemy. Po chwili wiedziałem już, że skręciliśmy tak jak się jedzie do Świerczyny, ale po niejakim czasie wiedziałem już, że przejechaliśmy zjazd do lasu. Dalej droga była dla mnie nieznana. Przyglądałem się uważnie. Widziałem ogromne pokryte trawą jak puchem rowy odwadniające jezdnię. Mijaliśmy mostek i po jakimś czasie wyjechaliśmy na taką szerszą drogę asfaltową. Tam już często widziałem inne pojazdy. Po jakimś czasie może około czterdziestu minutach wjechaliśmy w las, którego nie znałem i cały czas poruszaliśmy się tą szeroką drogą asfaltową. Jadąc tak ukryty i zmęczony nocnym czuwaniem usnąłem.
Obudził mnie niesamowity zgiełk i hałas. Gdy otworzyłem oczy to ujrzałem mnóstwo furmanek (inna nazwa wozu) i traktorów z przyczepami, a pośród nich uwijały się gromadki ludzi. Rozprawiali o czymś ożywionym głosem. Wysunąłem łebek z rozwory by lepiej słyszeć i widzieć wszystko. Zauważyłem jak gospodarz daje jeden worek zboża jednemu jegomościowi, za co ten w zamian daje jakieś papierki. Phi- pomyślałem. Ale mi to zamiana ci ludzie mają źle poukładane w głowach. I wtedy do wozu podszedł jakiś wielki jegomość i tubalnym głosem zawołał coś do mojego gospodarza, na co kasztan przestraszony siłą wypowiedzianych słów szarpnął wozem i wypadłem z mojego ukrycia prosto pod nogi przechodniów. Przestraszyłem się okropnie i zacząłem uciekać co sił w nogach, klucząc pomiędzy buciskami. Tak byłem wystraszony, że momentalnie zgubiłem kierunek. Nagle odbiłem się od muru, który jak mi się zdawało wyrósł tuż przede mną nagle. Czułem się jak na patelni. Wydawało mi się, że wszystkie oczy na mnie patrzą i że wszyscy chcą mnie zadeptać. I wtedy ktoś lub też coś silnie mnie szarpnęło za łapkę zostałem wciągnięty w szczelinę w murze, której wcześniej nie widziałem. Oszołomiony podniosłem się z upadku do którego doszło wskutek szarpnięcia i usłyszałem: – Co tu robisz mały, chcesz żeby cię jakiś wyliniały kocur upolował czy żeby cię zadeptali ludzie, hę.
Spojrzałem przed siebie i ujrzałem wielkiego szczura. Odpowiadając wyjąkałem:
- Nieee, ja tylko się zgubiłeeem.
- Doprawdy, a jak żeś się w ogóle tu znalazł, co?– pytał dalej szczur.
Ja chcąc, nie chcąc musiałem mu powiedzieć jak się tu znalazłem i w jakich okolicznościach się zgubiłem.
Na co on: – No nieźle spryciarzu, ale jak ty tu odnajdziesz swoją furmankę? Spójrz!!!
Popatrzyłem we wskazanym kierunku. Na placu jak już wcześniej wspominałem stało dużo wozów konnych.
- To proste! Mój wóz miał metalową rozworę – powiedziałem do szczura.
-No to powodzenia odkrywco, może się jeszcze kiedyś spotkamy.
Podziękowałem nowemu koledze i pożegnawszy go, zacząłem wypatrywać mojej furmanki. Patrzyłem szczególnie po rozworach i wtedy ujrzałem jak przede mną jedzie furmanka z żelazną rozworą. Wóz kierował się ku wyjazdowi z placu jarmarcznego, pomyślałem: – Nie mam chwili do stracenia. I pobiegłem. Wóz akurat przystanął przepuszczając przechodniów, co dało mi szansę skryć się w moim powozie. Ulokowawszy się w rurce odsapnąłem i patrzyłem na mijającą drogę. Gdy furmanka opuszczała plac to usłyszałem:
- Na razie mały!! Powodzenia! – spojrzałem w stronę nadlatujących słów i zobaczyłem szczura kiwającego mi z muru pod którym niedawno mnie uratował. Ja też mu pomachałem.

Tak to dowiedziałem się co to jest jarmark.

Jadąc przyglądałem się drodze i coś mi nie pasowało, tak jakby to nie była ta sama droga. Gdy ogarnęły mnie takie wątpliwości to zacząłem oglądać wnętrze rury i aż mi się gorąco zrobiło. To nie była ta sama rura co rankiem, to nie mój wóz. Kiedy sobie to uświadomiłem, to ogarnął mnie strach. No bo skoro to nie mój wóz. To gdzie ja jadę? Myśli pędziły jak błyskawica. Przerażenie było coraz większe, aż powiedziałem sam do siebie:
- Stop Franek, nie możesz ulec panice, bo będzie po tobie. Trzeba podjąć decyzję.
I zacząłem przetrząsać w głowie różne warianty.
Po kilku minutach postanowiłem. Wyskoczę w pierwszym lesie przez który będziemy jechali lub pojadę do końca trasy, a potem się zobaczy.
Zadowolony z siebie zacząłem pilnie przypatrywać się okolicy w poszukiwaniu lasu. Późnym popołudniem głodny i zrezygnowany położyłem się w rurce. Straciłem już nadzieję na leśny zakątek i zacząłem się przyzwyczajać do myśli o zamieszkaniu w obcym gospodarstwie. Mijaliśmy co prawda dwa razy las, ale jadąc szosą. Obawiałem się wyskoczyć by nie zostać przejechany przez innych użytkowników drogi. I wtem w rozworze zaczęło silnie trząść, co było oznaką zjechania z szosy. Ożywiłem się natychmiast i od razu wypatrywałem lasu.
WP_20170615_12_15_57_Pro
Nie czekałem zbyt długo. Nie minęło dziesięć minut, gdy wjechaliśmy w las. Poczekałem jeszcze trochę, aż wjechaliśmy w głąb lasu i wyskoczyłem. Potłukłem się trochę, ale szczęśliwy z ucieczki czmychnąłem czym prędzej w zarośla. Pędząc tak radośnie o mało nie skąpałem się w stawie przed którym ledwo co się zatrzymałem, wystrzeliwszy pędem z okalających go zarośli.
Rozejrzałem się dookoła. Nieopodal stawu była piękna polana. Pomyślałem, że przyjrzę się jej z bliska. Musiałem poszukać jakiegoś schronienia bo zbliżała się noc, a poza tym byłem okropnie głodny. Miałem nadzieję na znalezienie czegoś na polanie. Gdy wkroczyłem na ową polanę rozejrzałem się dookoła, wzrok mój zatrzymał się na wielkim dębie. A mianowicie na jego przyziemnej części, coś tam migotało. Jako, że lubię przygody i moja ciekawość jest większa niż u przeciętnej myszy to ruszyłem do tego migotania. Kiedy zbliżyłem się na odległość około trzech metrów oniemiałem.
Przede mną w rozwidleniu korzeni dębu był domek. Nie wiedzieć czemu jakaś siła wewnętrzna kazała mi iść i zapukać. Tak zrobiłem, a gdy drzwi się uchyliły ujrzałem starego borsuka. On odezwał się do mnie tymi słowy: – Wejdź nieznajomy jeśli szukasz schronienia przed nocą, ugoszczę cię. Jeśli jesteś głodny,to cię nakarmię. Wszedłem do izby i zobaczyłem kilka postaci przy stole, byli tam: szpak, zajączek, wiewiórka, sowa, krecik i myszka.

- O jejku dziadku czyżby to były leśne zwierzęta o których nam opowiadałeś? – Spytała Tosia.
– I co było dalej dziadku? – z zainteresowaniem spytał Wacek.
– Dalej moi drodzy to już kolejna historia, opowiem ją innym razem.

Koniec.
Autor: Śliwa Arkadiusz.

Print Friendly
 

TAJEMNICZY NOTES CZĘŚĆ 3

13 cze

„Tajemniczy notes część 3”

| Zaczęły się wakacje. Wacek i Tosia spędzali je zazwyczaj z dziadkami. Myszki bardzo lubiły ten okres roku, bo nie dość że odpoczywały od szkoły, to jeszcze słuchały niesamowitych historii, które opowiadał dziadek Franek. A babcia piekła pyszne łakocie i gotowała smaczne obiady.
Poza tym jak wszyscy wiemy, dziadkowie rozpieszczają swe wnuki.
Kontynuując zatem, dziadek Franek pewnego dnia zapytał: – Wacku, Tosiu o czym wam dziś opowiedzieć?
Wacek pierwszy zawołał: – Tajemniczy notes, dziadku.
A Tosia odpowiedziała pytaniem: – Dziadku, skoro ty się urodziłeś tak daleko stąd, to jak tu dotarłeś?
-Hmm – zastanowił się dziadek – to długa historia Tosiu. Opowiem ją następnym razem. Muszę sobie wszystko dokładnie przypomnieć, a dziś prawdę mówiąc myślałem o kolejnym skarbie, tak że może spełnimy prośbę Wacka. Co ty na to?
- Ok – odpowiedziała Tosia.

Dziadek usiadł wygodnie na ławeczce i zaczął:
Kolejny wpis w notesie brzmiał tak:

Śliczny dzwoneczek
Pewnego razu, gdy byłem na dalekiej wyprawie w Świerczynie (to jest las, do którego droga zajęła mi pół dnia) buszując w poszukiwaniu żołędzi, wśród leśnego poszycia, pod wielkim dębem, uwagę moją zwrócił dziwny przedmiot, wystający spod ściółki. Był to jakby czarny sznurek. Zaciekawiony złapałem i pociągnąłem, lecz sznurek dawał silny opór. Zacząłem więc rozgrzebywać ściółkę, zaciekawiony co kryje się na końcu sznurka. Po piętnastu minutach ciężkiej pracy wyrwałem ów przedmiot. Na końcu sznurka, który okazał się rzemykiem od uprzęży dla konia, tkwił mały śliczny dzwoneczek. Jeden z takich, jakie gospodarz przypina koniowi, gdy zaprzęgnięty jest do zimowego powozu, który ludzie nazywają saniami.
Oczyściłem dzwoneczek najdokładniej jak umiałem. Poruszałem nim energicznie trzymając za rzemyk. Wydobył z siebie piękny dźwięk: dzyń, dzyń, dzyń.
Tak mi się to spodobało, że postanowiłem zatrzymać dzwoneczek, choć nie wiedziałem do czego on mi się może przydać.
Dzwoneczek ukryty jest w gospodarstwie w wielkim spichlerzu pod napisem
„1971”. Szukać należy, gdy budzi się dzień i zagląda weń na wschodnim szczycie patrząc na rok.

-O kurcze pieczone, Franek to dopiero zagadka – powiedział Paweł.
-No, ja cię. Jak my to rozwikłamy? – dodałem, spoglądając przy tym pytająco na Pawła.
-Nie patrz tak na mnie. Skąd ja mam wiedzieć co to ten spichlerz – powiedział Paweł i dodał: –To ty się tu urodziłeś i ty powinieneś to wiedzieć.
-Wiesz – zacząłem – myślę, że musimy dyskretnie wypytać mojego tatę. On może wiedzieć o jaki spichlerz chodzi.

– Czy to czasem nie chodziło o stodołę. Przecież mówiłeś już nam, że to taki wielki ludzki spichlerz – wtrącił przerywając dziadkowi Wacek.
- Masz rację Wacku, to chodziło o stodołę, lecz wtedy o tym nie wiedzieliśmy.

Dziadek opowiadał dalej.

- A więc, jak już mówiłem, wypytaliśmy mojego tatę o spichlerz. On nam powiedział, że spichlerz to taki magazyn i taką rolę w gospodarstwie pełni, jak już Wacek słusznie zauważył, stodoła.
– Gdy wiadomo już o jaki budynek chodzi, to bierzmy się za resztę zagadki – powiedział Paweł.
Na co ja ochoczo przytaknąłem i wziąwszy notes przeczytałem: pod napisem „1971” . Szukać należy, gdy budzi się dzień.
– To na pewno oznacza ranek – powiedział Paweł i machnął łapką dodając – czytaj dalej.
Więc czytałem: i zagląda weń na wschodnim szczycie patrząc na rok. Teraz ja błysnąłem inteligencją, komentując: – Tu na pewno chodzi o to, że poranne słońce oświetla napis po wschodniej stronie szczytu stodoły.
- No niby racja, ale o który szczyt chodzi? Przecież stodoła jest skierowana szczytami na północ i południe, to teoretycznie oba szczyty mogą być oświetlone wschodzącym słońcem – zauważył Paweł.
- Fakt – zgodziłem się z Pawłem lecz po chwili dodałem – ale nas jest dwóch. Wyjdziemy rankiem każdy na swój szczyt i poczekamy na słoneczko. Któremuś musi się poszczęścić – zauważyłem i zadowolony z siebie spojrzałem na kolegę.
- No faktycznie, że też ja na to nie wpadłem – mówiąc to Paweł pokiwał głową z uznaniem, po czym umówiliśmy się na akcję pod kryptonimem „dzwoneczek “, którą zaplanowaliśmy na wczesny ranek kolejnego dnia.
- To co dzisiaj robimy, dzień jeszcze długi? – spytał Paweł
– Hmm myślę, że wybierzemy się na poziomki w ten drugi wąwóz, którego jeszcze nie znasz – odpowiedziałem.
- Super! – przytaknął Paweł i od razu ochoczo zapytał – To w którą stronę? Prowadź.

I ruszyliśmy przez pole sąsiedniego gospodarstwa. Potem przez boisko ludzkich dzieci, kawałek drogą polną i weszliśmy w drugi okoliczny wąwóz. Początek był ciemny, gdyż słońce nie docierało tutaj poprzez korony akacji rosnących gęsto na zboczach.
- Ale tu fajnie, chłodno. A daleko do tych poziomek? – zapytał kolega wiewiórka.
- Tuż za tym zacienionym odcinkiem – odpowiedziałem. Widziałem jak Paweł rozgląda się co rusz otwierając pyszczek ze zdumienia. Przypatrywał się surowym skarpom wąwozu, pionowym ścianom glinianych zboczy, utrzymywanych przez sieć korzeni drzew rosnących na samej górze.
– Ja cię, ale ogromne są te ściany – stwierdził.
– No niesamowite, prawda? Też tak się rozglądałem, gdy tu byłem pierwszy raz – powiedziałem. A po chwili dodałem: – O już widać oświetlone zbocza. Tam zaczynają się poziomki.
I wyszliśmy na odsłoniętą część wąwozu. Tutaj ukazały nam się gęsto porośnięte różnego rodzaju roślinnością zbocza, zalane potokiem słonecznego światła. Tuż nad zboczami tłumy owadów uwijały się w swojej robocie. A na słoneczku wylegiwały się jaszczurki gotowe czmychnąć w każdej chwili zwinnie w gąszcz.

Tak to była natura w czystej postaci – wspomniał dziadek zamyśliwszy się na chwilę.
I co było dalej – przerwała zadumę dziadka Tosia.
- A tak – kontynuował dziadek :

– Tam właśnie znaleźliśmy poziomki i jeżyny. Objedliśmy się tam jak bąki, tak że tego dnia żaden z nas nie tknął już kolacji. Gdy się rozchodziliśmy Paweł jeszcze przypomniał:
– Pamiętaj Franku, jutro przed świtem.
– Ok – odpowiedziałem.
I tak zakończył się ten dzień pełen emocji.
Następnego dnia na godzinę przed świtaniem, wymknąłem się z walizki i pomknąłem na spotkanie z Pawłem. Nie mogliśmy przecież przegapić świtu. Czekałem chwilkę na umówionym miejscu, to jest na starej sieczkarni do słomy zanim przybył Paweł. Przestraszył mnie okropnie, gdy wskoczył na koryto sieczkarni. Bo choć się go spodziewałem to było jeszcze ciemno i zaskoczył mnie.
To tylko ja nie bój się – zagadnął Paweł.
– Noo, widzę. To znaczy wiem, ale skoczyłeś tak szybko, że się wystraszyłem – powiedziałem a po chwili dodałem – który szczyt wybierasz?
- Północny – odpowiedział Paweł.
– Ok. To ja wezmę południowy. A co ty na to, żeby ten był właścicielem dzwonka, któremu się poszczęści?
Na co Paweł: – Niezła myśl. To nada sprawie większej wagi, zgadzam się.
– No to do roboty – powiedziałem i udałem się na oczekiwanie pierwszych promieni słońca w południowym szczycie stodoły.
Czekaliśmy dobre pół godziny na pierwsze promyki słońca. Kogut w kurniku chyba też oczekiwał na świt bo równo z pierwszymi promieniami nieśmiało wyglądającego słonka zapiał. Wtedy zacząłem zwracać pilną uwagę na obelkowanie stodoły. Po chwili słonko zaczęło wpełzać przez szczeliny w deskach nieśmiało muskając krokwie dachu. Zamarłem, gdyż oczom moim ukazała się magia. Szczeliny w deskach tak były udane, że gdy zajrzało przez nie słońce to blask jego nakreślił na belce stolcowej datę: „1971”, a tuż pod tym miejscem, gdzie wyświetlił się napis wisiał mały dzwoneczek, uczepiony na rzemyku za stary zardzewiały gwóźdź. Skarb był mój.
– Jest, jest. Mam go!!! – zawołałem i ujrzałem jak Paweł szybko mknie w moją stronę z przeciwległego końca stodoły po belce stolcowej.
Dopadł po chwili zziajany i wysapał: – Pokaż!
Oczywiście pokazałem koledze mój skarb dumny z odkrycia.
- Eh Franek, ty to masz szczęście – powiedział zawiedziony Paweł.
A ja na to: – Nie przejmuj się, to że jest mój nie znaczy, że nie możesz się nim bawić.
Na te słowa Paweł się ożywił i nie był już zawiedziony. Skarb po długim,
aż do znudzenia testowaniu złożyliśmy ceremonialnie w naszej dziupli na drzewie kasztanowym.

I tak moi drodzy kończy się opowieść związana z kolejnym wpisem w „Tajemniczym notesie”. Zakończył dziadek.

– A co się stało potem z dzwoneczkiem, gdzie on teraz jest? – zapytała Tosia.
Wisi nad naszymi drzwiami – odpowiedział dziadek.
– Aaa to ten – zdziwiły się myszki i od razu pobiegły oglądać dzwoneczek, którym tak przecież często dzwoniły do drzwi dziadków.
Dziadek uśmiechnął się widząc to, po czym przymknął oczy wspominając w myślach stare czasy i usnął.

KONIEC.
Autor: Śliwa Arkadiusz

Print Friendly
 
 

„Tajemniczy notes część 2”

28 maj

OPOWIEŚCI DZIADKA FRANKA
„Tajemniczy notes część 2”

Ranek w parku zdrojowym był lekko zamglony. Mgła delikatnie opadała, rosząc leśne poszycie. W mysiej norce mama krzątała się już po kuchni. Przyzwyczajona przez lata nie mogła już spać. Rozpaliła w piecu, zrobiła sobie kawę i wyglądając przez okno w ciszy śpiącego jeszcze domostwa popijała pyszny napój nasłuchując budzących się ptaszków. Nagle wzdrygnęła się, gdyż do kuchni weszła Tosia, przecierając zaspane oczka powiedziała:
- Cześć mamo.
- Cześć, a co ty córko robisz tu tak wcześnie, przecież jest sobota – zdziwiona odrzekła mama.
- Tak wiem, ale dziś dziadek ma nas zabrać na grzyby, a przy okazji opowie nam dalsze przygody z tajemniczym notesem – odpowiedziała Tosia.
- Aaa, tak wiem o jaki notes chodzi. Sama chętnie bym posłuchała o kolejnych wyprawach po skarby. Ten wasz dziadek super opowiada – powiedziała mama.
- A czy Wacek już wstał? – dodała pytając.
- Tak już wstał. Zaraz przyjdzie, myje zęby – odpowiedziała Tosia.
- Dobrze, to ja wam zaraz zrobię kakao i kanapki. A, o której umówiliście się z dziadkiem?
- O szóstej.
- A to zdążycie sobie spokojnie zjeść – powiedziała mama i wzięła się za śniadanie.
Myszki właśnie kończyły śniadanie, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Mama poszła otworzyć i po krótkiej konwersacji powitalnej wprowadziła gościa do kuchni.
– No jak tam moje wnuki, pojedliście sobie dobrze, bo czeka nas daleka wyprawa, aż na skraj parku. Tam rosną najdorodniejsze prawdziwki. Jeden taki pokrojony wystarczy nam na obiad – powiedział dziadek.
- No pewnie, że jesteśmy gotowi – powiedział Wacek i wraz z Tosią wstali od stołu i pożegnawszy się z mamą wyszli wraz z dziadkiem na zewnątrz.

Dziadek po drodze zaczął swą opowieść :
- Kolejnego dnia rankiem nie mogłem się już doczekać, kiedy pójdę do Pawła, dlatego też szybko jadłem śniadanie. Na co tata powiedział: –Nie śpiesz się tak Franku, przecież nikt ci nie zje.
– Tak wiem tato, ale śpieszno mi do Pawła. Umówiłem się na dziś z nim, zaraz po śniadaniu – odpowiedziałem.
- Przypadł ci do gustu ten twój nowy kolega, co?- spytała mama.
– Tak, powiedziałem – i dodałem – pa, lecę. Po czym zwinnie opuściłem naszą walizkę i popędziłem do mego nowego kolegi.
Paweł już czekał na mnie zniecierpliwiony i powiedział, gdy mnie ujrzał: – No jesteś, czekam na ciebie już dziesięć minut.
- Dobrze już, dobrze. Daj ten notes i czytamy – odburknąłem.
Ale notes był w dziupli na kasztanie, tam gdzie ukryliśmy zegarek, więc szybko udaliśmy się do naszego skarbca. Paweł otworzył notes na kolejny wpis za zegarkiem i zaczął czytać.
Kubek i młotek.
Gdy wędrowałem po dołach wczesną wiosną w poszukiwaniu orzechów i żołędzi, które zachowały się pod ściółką, znalazłem dziwny przedmiot, zapewne ludzki. Wyglądał jak kubek z dwoma uszami, był bardzo ciężki. Wykonany z jakiegoś żółtego materiału, a w środku miał coś jak kulkę na patyku. Wyglądało to jak młotek, tylko okrągły.
Strasznie zafascynował mnie ten przedmiot i w żaden sposób nie mogłem wymyślić do czego on służy.
Pewnego dnia chciałem rozbić tym młotkiem wyjątkowo twardego orzecha lecz to nie było łatwe, bo orzech za każdym razem uciekał mi spod młotka i wtedy mnie olśniło. Wrzuciłem orzecha do kubka i z góry uderzyłem go młotkiem, skorupka rozleciała się od razu. Już znałem zastosowanie tych przedmiotów, nazwałem je „kubek i młotek”.
Przedmioty te ukryte są w pierwszych dołach widocznych z ludzkiego traktu, tuż za wąwozem po prawej stronie. Ludzki trakt, o którym mówię zaczyna się zaraz za stodołą mojego gospodarstwa. A będąc w dołach u wlotu w zadrzewionego miejsca należy odnaleźć wszystkie klony.
Drzewa te rosną tam tworząc z góry widoczną literę P. Klon, który rośnie na końcu ogonka P ma w swych korzeniach ukryty ten skarb.

- Ja cię, ale jazda – powiedział Paweł .
- No, ale czad – dodałem.
- Hi hi hi – zaśmiała się Tosia. – Dziadku, to ty takiego języka używałeś?
– Nie przerywaj – powiedział Wacek, po czym dodał – i co było dalej dziadku?
Dziadek kontynuował.
- Zaraz oczywiście wybraliśmy się w owe doły, trzymając się pilnie instrukcji, a więc znalazłszy drogę i wąwóz opisany w notesie poczęliśmy się wspinać. Bo droga wiodła pod górę. Gdy spojrzałem, to nie było widać końca wąwozu, ale przecież mieliśmy cały dzień na naszą wyprawę.
Wcześniej włóczyłem się po tym wąwozie, lecz nigdy w konkretnym celu, ot tak dla zabicia czasu. Ale wtedy to było coś innego, byłem podekscytowany i droga ta, którą przecież już znałem wydawała mi się niesamowicie ciekawa. Zauważałem rzeczy, których przedtem nie widziałem.
Idąc prowadziliśmy z Pawłem ożywioną dyskusję. On przecież naprawdę szedł tędy pierwszy raz, dlatego błyskałem co rusz swoją wiedzą, mówiąc np.
- O, tam mieszkają jaskółki wskazując brzeg wąwozu podziurawiony jak ser szwajcarski.
A innym razem, odnajdywałem poziomki, którymi objadaliśmy się obaj ze smakiem.
I tak dotarliśmy do końca wąwozu, po czym popatrzyliśmy w prawo, jak pisało w notesie.
- Jest, to znaczy są, doły, są tam! – krzyknął Paweł wskazując zalesioną dolinę.
Jakieś pięćdziesiąt metrów od drogi i sporo poniżej jej poziomu, rozpościerała się zadrzewiona dolina.
- Chodź idziemy – zawołałem do Pawła i ruszyliśmy w stronę dołów.
Przed nami było do pokonania pole ziemniaków. Paweł jak to zwinna wiewiórka skakał z radliny na radlinę, a ja musiałem się spinać, a potem schodzić w dół i tak osiemdziesiąt razy, zanim dotarłem do wlotu dołów.
Na miejscu czekał już Paweł i powiedział, gdy tam dotarłem:
- Franek ty tu odpocznij, a ja wyjdę na najwyższe drzewo i poszukam klonów, a w zasadzie tego jednego, o którego nam chodzi.
- Dobrze – powiedziałem, sapiąc jeszcze ze zmęczenia.
Nie minęło piętnaście minut, a mój kolega biegnąc ku mnie, krzyczał z daleka:
- MAM, ZNALAZŁEM, CHODŹ FRANKU!
– Idę – odpowiedziałem i pobiegłem za Pawłem, który teraz pewnie zmierzał w głąb dołów. Po około piętnastu metrach skręcił w lewo i poprowadził znów pod górę na zbocze dołów, by po kilku susach zatrzymać się przy wielkim starym klonie.
Popatrzył na mnie z zadowoloną miną, dumny z siebie. Gdy doszedłem do niego, to spytałem:
- Czy to na pewno to drzewo, Pawle?
- Oczywiście, że to. Z góry widać jak na dłoni literę P, tak jak było opisane. Nie może być mowy o pomyłce – odpowiedział.
–Bierzmy się zatem do szukania – dodałem.
I rozpoczęliśmy przeszukiwanie nasady drzewa.
Na pierwszy rzut oka drzewo nie różniło się niczym, lecz po dokładnych oględzinach, spostrzegliśmy bliznę po starym nacięciu od północnej strony drzewa. Gdy odszedłem kawałek i spojrzałem z oddali, to wyraźnie blizna przedstawiała strzałkę w dół.
- To tutaj – powiedziałem zadowolony z siebie.
- No to kopiemy – zakomenderował Paweł, i zaczęliśmy kopać.
Już po kilku minutach natrafiliśmy na nasz skarb. Wykopawszy go, podziwialiśmy przez dłuższą chwilę. Był to piękny, stary, mosiężny moździerz kuchenny, podobny do tego, którego używa wasza babcia – wytłumaczył dziadek wnusiom, po czym kontynuował.
Nie mało się natrudziliśmy, by go do naszego skarbca zataszczyć, ale strasznie byliśmy z siebie dumni ofiarując go potem mamie Pawła na imieniny.
Od tamtej pory pani wiewiórka piekła pyszne ciasto z masą orzechową, z utartych w moździerzu orzechów – zakończył dziadek.

- Super tak poszukiwać skarbów – powiedział Wacek.
- Oczywiście, ale teraz poszukajmy grzybów, bo co by powiedziała wasza mama, jakbyśmy z grzybobrania wrócili bez grzybów – powiedział dziadek i wszyscy zaczęli się rozglądać za grzybami.

Koniec.
Autor: Śliwa Arkadiusz

Print Friendly
 

„ Tajemniczy notes część 1”

14 maj

POCZYTAJCIE DZIŚ BAJKĘ POD TYTUŁEM „ Tajemniczy notes część 1”, A ZA DWA TYGODNIE KOLEJNE PRZYGODY.
ZAPRASZAM ŚLIWA ARKADIUSZ

OPOWIEŚCI DZIADKA FRANKA
„ Tajemniczy notes część 1”


Zbliżały się wakacje. Tosia i Wacek nie mogli się już doczekać, jak zresztą większość dzieci. Była niedziela. Mama szykowała różne smakołyki na stół, ponieważ tego dnia były urodziny Tosi i myszka od samego rana chodziła wielce podekscytowana.
-Ciekawe jakie prezenty dostanę ?– zastanawiała się, ale najbardziej obie myszki cieszyły się z przyjścia dziadka i babci. Na pewno dziadek opowie nam coś fajnego na twoje urodziny- mówił Wacek. – Z pewnością – dodała Tosia, po czym myszki zaczęły się zastanawiać o czym mogłaby być ta historia. I tak zleciał czas Wackowi i Tosi do popołudnia, gdy zaczęli się schodzić goście. Zaczęły się życzenia, prezenty i tort. Atmosfera była bardzo wesoła, i wtedy padło pytanie : -Tato o czym dziś opowiesz? Dziś wszyscy razem z dziećmi posłuchamy. A ja przypomnę sobie stare czasy jak opowiadałeś mi ciekawe historie – powiedział tata.
Dziadek rozejrzał się po norce, po czym przesiadł się bliżej kominka, zapalił fajkę i zaczął.
-Dziś moi drodzy, opowiem o moim dzieciństwie. O tym, gdzie się urodziłem i jak spędzałem wakacje.
Urodziłem się na strychu pewnego domku ludzkiego, na wsi w starej walizce ze szpargałami. Tu dziadek na chwilę przerwał, by zobaczyć jakie wrażenie na myszkach zrobił ludzki dom. Spostrzegł, że wszyscy słuchają go w skupieniu, więc począł dalej opowiadać.
Wioska ta leży około dnia drogi wozem konnym stąd. Położona jest w rozległej dolinie, zewsząd otoczonej polami, lasami i dołami (tak nazywali ludzie krótkie wąwozy obsadzone drzewami, które to tworzyły małe przerywniki leśne na tle polnego krajobrazu).
Dom stał na obrzeżach wioski. W obejściu była stodoła ( to taki wielki spichlerz drewniany ze zbożem). Była też obora, gdzie ludzie hodowali duże zwierzęta takie jak: krowy, konie i świnki. Był także kurnik dla drobiu. Stał tam również budynek gospodarczy.
Wszystkie te zabudowania stały dookoła podwórka, gdzie to toczyło się ożywione życie. Wśród kur krążył dumny kogut, który stale szukał zwady ze starym kaczorem. Na drzewie porąbanym i ułożonym przy oborze wylegiwał się kot, a nieopodal przy budzie leżał pies. Perliczki kłóciły się z indykami tworząc przy tym niezły harmider.
Pradziadkowie moi mieszkali w polach, ale pewnej zimy głód i przewlekłe mrozy zmusiły ich do zamieszkania w ludzkim obejściu, gdzie też jak pamiętacie, pradziadek poznał ludzką mowę.
Ja urodziłem się w czasach, kiedy we wsiach ludzkich zaczynała się dopiero era maszyn i oprócz traktorów dużo jeszcze koni pracowało w polach. Na strychu gospodarz magazynował ziarno zbóż omłócone z kłosów słomy, także jedzenia mieliśmy pod dostatkiem. A oprócz nas mieszkało tam kilka mysich rodzin oraz rodzina wróbli . Byłem mniej więcej w wieku Tosi, gdy pewnego dnia tata przyszedł z podwórka i powiedział do mamy: – Wiesz kochanie, na orzecha przy stodole wprowadziła się rodzina wiewiórek i oni też mają syna. Może przywitalibyśmy nowych sąsiadów w naszym gospodarstwie jakimś ciastem czy coś takiego. A może Franek zaprzyjaźni się z ich synem. Mama chwilę pomyślała i odpowiedziała: – Czemu nie, właśnie upiekłam placek z rabarbarem. Gdy to usłyszałem oczy mi się zapaliły jaśniej. Poczułem ekscytację, a zarazem strach. Bo oto coś nowego miało mnie spotkać, ale nie wiedziałem co to ta wiewiórka i stąd mój niepokój. Po cichu zapytałem mamy: – Mamo, a co to wiewiórka? Mama uśmiechnęła się czule do mnie i powiedziała: – To też gryzoń tak jak my, tylko większy i lubi orzechy, dlatego pewnie wybrali naszego orzecha włoskiego by się na nim zadomowić. Nie lękaj się, wiewiórki nie są drapieżnikami jak koty. Po tych wyjaśnieniach mamy strach mój uleciał, pozostała tylko ciekawość. – To kiedy idziemy?- zapytałem. Mama z tatą wybuchnęli śmiechem. – Po południu, bohaterze – odpowiedział tata.
Dostać się ze strychu na orzech nie było prosto, bo trzeba było przebyć podwórko, a tam czyhały liczne niebezpieczeństwa. Mianowicie mnóstwo ptasich dziobów, a także kot drapieżnik straszny. Dlatego też już mój pradziadek opracował system podziemnych korytarzy podwórkowych, dzięki czemu można było swobodnie przechodzić do stodoły, gdzie stary szczur prowadził szkołę oraz w inne miejsca np. do obory i z powrotem na strych. – Ja cię, ale fajowsko tam miałeś dziadku – wtrącił Wacek. – No super – dodała Tosia . A dziadek ciągnął dalej. – No nie było to całkiem takie proste. Chcąc wyjść gdziekolwiek ze strychu trzeba było niepostrzeżenie zejść do ludzkiej izby i pod podłogę. Było to możliwe dzięki temu, że schody ludzkie na strych oddzielone były od kuchni drzwiami i ludzie przebywający w swej kuchni nie widzieli co się dzieje za drzwiami, a to dawało szansę dostać się pod podłogę i dalej tajnym przejściem, szczeliną w murze do podziemnego korytarza. Tak właśnie codziennie chodziłem do szkoły.
Wracając do owego popołudnia mama zapakowała placek i dała go tacie. Miał on specjalną torbę, z którą nie rozstawał się podróżując po podwórku i razem udaliśmy się w odwiedziny do nowych mieszkańców gospodarstwa. Gdy wdrapaliśmy się na orzecha, tata zapukał w odrzwia dziupli wiewiórek.
Ze środka wyłonił się pan wiewiórka i tata powiedział: – Witam nowych lokatorów w naszym gospodarstwie. Mówiąc to wyciągnął z torby placek i wysunął go przed siebie w przyjaznym geście powitalnym. Pan wiewiórka uśmiechnął się i odrzekł: – Witam, jestem Bartłomiej. Zapraszam do środka. Na co tata lekko zmieszany, gdyż zapomniał się przedstawić powiedział pośpiesznie: – Wybacz, jestem Antoni, a oto moja żona Zofia i nasz syn Franek. Po tych powitalnych słowach weszliśmy do środka i tam poznaliśmy pozostałych członków wiewiórczej rodziny, których przedstawił nam pan Bartek mówiąc: – A oto moja żona Alicja i syn Paweł. Rodzice i państwo wiewiórki zrazu zasiedli w salonie radośnie pląsając, a mnie za rękę pociągnął Paweł, mówiąc: – Choć Franku, pokażę ci mój pokój i resztę naszej dziupli. Tu są podziemia, wiesz! – Naprawdę? Odrzekłem zdziwiony, bo nigdy przecież nie byłem wewnątrz orzecha.
– Tak, choć sam zobaczysz, może tu jakieś skarby są – przytaknął Paweł. I faktycznie stary orzech był pusty w środku z małymi zakamarkami dookoła i do samego dołu, co wyglądało zupełnie jak spiżarnia. (Jak się później dowiedziałem od taty, to tutaj dawno, dawno temu mieszkał starszy pan wiewiórka, ale odszedł już do krainy wiecznie dojrzałych orzechów). – Wiesz Paweł, super że będziemy się kolegować. Może wybierzemy się na wyprawę w doły- powiedziałem. – Pewnie, że tak. Tu jest super wioska na uboczu, pełno jedzenia i fajny kolega. To co dziś robimy? -zapytał Paweł. – Dziś proponuję przeszukać całą waszą dziuplę w poszukiwaniu pozostałości po poprzednich lokatorach – zaproponowałem. – Ok – powiedział Paweł i zabraliśmy się za szperanie w spiżarni. Na obrzeżach zakamarków były wyryte napisy oznaczające przeznaczenie poszczególnych wgłębień np. Orzechy laskowe co z pewnością oznaczało, że ten zakamarek służył do składowania orzechów laskowych. Nagle Paweł zawołał: – FRANEK CHOĆ ZOBACZ! Pośpieszyłem czym prędzej do Pawła i ujrzałem co przykuło jego uwagę. Było to wgłębienie, oznaczone napisem „ TAJNE”. Weszliśmy do środka i zaczęliśmy przeczesywać stare szpargały, które tam były w poszukiwaniu czegoś co mogło być takie tajne jak w głowach naszych zarysował ów napis nad zagłębieniem. Naraz krzyknąłem z wrażenia: – ŁOOŁ! Zobacz Paweł, co znalazłem – i podnosząc zdobycz popatrzyłem na towarzysza. Był to stary, przewiązany sznurkiem notes, zatytułowany „Moje skrytki ze skarbami”. Paweł, aż podskoczył z wrażenia . – OTWIERAJ! – wykrzyknął podekscytowany. No i otworzyłem . Pismo było staranne, wyraźnie stawiane litery wskazywały na osobę poukładaną, która skrupulatnie wszystko notuje. Co nas jeszcze bardziej ucieszyło, bo dawało pewność, że wskazówki dotyczące skrytek będą dokładne.
Pierwszy wpis brzmiał:

„Dziwne cykające urządzenie ludzkie, które dostałem od sroki na imieniny”

a dalej czytaliśmy „jak się dowiedziałem urządzenie wskazywało mijający czas, chociaż sam nie wiem po co, przecież słońce też pokazuje porę dnia, ale jak później zauważyłem, urządzenie to dzieli dzień na dwanaście części, a dobę na dwadzieścia cztery części. Co pomogło mi lepiej zorganizować dzień, lecz później spostrzegłem, że stałem się niewolnikiem czasu. Wszystko robiłem na czas. W porę się jednak opamiętałem i postanowiłem ukryć ten niezwykły prezent. Może ktoś, kto znajdzie moje zapiski i odnajdzie owo urządzenie, lepiej go wykorzysta.” Tu spojrzeliśmy się na siebie, po czym czytaliśmy dalej: –,, czasomierz ukryłem głęboko w dziupli kasztanowca, który rośnie na południowo-wschodnim rogu stodoły poza bramą gospodarstwa. A jako dodatkową informację podaję, że urządzenie działa po nakręceniu sprężyny, co robi się kręcąc pokrętłem w prawo do oporu. Czynność tą trzeba powtarzać raz na dobę”. Ale ty, Franek czujesz jakie super będziemy mieć wakacje – powiedział Paweł. – No, możemy co dzień bawić się w poszukiwaczy skarbów – dodałem. I tak zawarliśmy pakt jako, że nikomu nie zdradzimy treści notesu i co dzień przez całe wakacje będziemy urządzać wyprawy po skarby. W niedługim czasie zawołał mnie tata, że już idziemy, więc umówiłem się z Pawłem na następny dzień po śniadaniu.
Kolejnego dnia udałem się do kolegi, on już na mnie czekał i razem pobudzeni adrenaliną ruszyliśmy w poszukiwaniu CZASOMIERZA. Ja udałem się oczywiście korytarzami podziemnymi, zachowując ostrożność, o co zawsze upominała mnie mama, a Paweł przeszedł przez dach stodoły zwinnymi susami, charakterystycznymi dla wiewiórki. Spotkaliśmy się przy kasztanowcu i razem zaczęliśmy szukać dziupli. Dziupla ta była wysoko w koronie drzewa, otworem skierowana ku dołowi na zagiętym grubym konarze co zabezpieczało ją przed wilgocią.
-Ale super skrytka, nie Franku – zagadnął Paweł. – No, niesamowita – odpowiedziałem i wślizgnąłem się do środka. Za mną podążał Paweł. Okazało się, że jama jest w środku obszerna i jak stwierdziliśmy super nadawała się na magazyn znalezionych skarbów.
- A co z czasomierzem? – wtrącił Wacek .
-A tak, kontynuował dziadek, czasomierz leżał w kącie. Był to po prostu ludzki zegarek naręczny z mechanizmem sprężynowym, ale wówczas wydawał się dla nas kosmiczną maszyną. Nakręciliśmy go jak mówił notes i uszy nasze usłyszały cykanie cyk, cyk, cyk. Tak nam się spodobał ten zegarek, że oczu nie mogliśmy oderwać. Postanowiliśmy, że w tej dziupli będzie nasz magazyn dla odnalezionych skarbów, których przez całe wakacje mieliśmy poszukiwać.
I oto tak kończy się pierwsza historia z czasów gdy byłem w waszym wieku. A czy wiecie kochani, co stało się z owym zegarkiem? -zapytał dziadek. – Nie – odpowiedziały, Wacek i Tosia. – To bądźmy cicho przez chwilę – powiedział dziadek i ucichł, a po chwili wszyscy usłyszeli cyk, cyk, cyk i wzrok wszystkich powędrował na stary zegar, który wisiał na ścianie za dziadkiem. Widząc w oczach obecnych zrozumienie i zdziwienie dziadek uśmiechnął się szeroko.

Koniec.
Autor: Śliwa Arkadiusz

Print Friendly
 
 
 

  • Facebook